Zmysł zastępczy: widzieć skórą, słyszeć oczami
Obraz z kamery zamieniony na wzory dotyku na języku albo na dźwięk. Mózg po pewnym czasie przestaje traktować to jako dotyk.
Trąbka słuchowa z ryciny jest najprostszym możliwym urządzeniem wspomagającym zmysł: zbiera dźwięk i kieruje go tam, gdzie jeszcze coś słychać.
Substytucja sensoryczna doprowadza tę zasadę do końca: informacja idzie zupełnie inną drogą niż zwykle.
Na czym to polega?
Układ ma trzy części: czujnik (najczęściej kamera), przetwornik zamieniający sygnał na wzorzec, i wyjście w innym zmysłu - macierz punktów dotykowych na skórze albo na języku, czasem dźwięk o zmiennej wysokości.
Historia zaczyna się w latach sześćdziesiątych od fotela z macierzą bodźców dotykowych na plecach, sprzężoną z kamerą. Osoby niewidome uczyły się rozpoznawać kształty, a po dłuższym treningu - rozpoznawać przedmioty i oceniać odległość.
Późniejsze wersje przeniosły wyjście na język, który ma bardzo gęste unerwienie czuciowe i pozwala na większą rozdzielczość przy małym urządzeniu.
Praca przeglądowa z 2003 roku podsumowuje ten kierunek prosto: informacja z czujnika sztucznego zostaje sprzężona z mózgiem przez interfejs, a mózg potrafi jej użyć zamiast informacji z narządu zmysłu, który przestał działać.
Obserwacja, która jest tu najważniejsza
Po odpowiednio długim treningu użytkownicy przestają opisywać doznanie jako dotyk.
Mówią, że przedmiot jest przed nimi - w przestrzeni, nie na skórze. Zbliżanie się obiektu odczuwają jako powiększanie się czegoś na zewnątrz, a nie jako narastające mrowienie.
To jest ważne z dwóch powodów:
Mówi coś o mózgu. Kora nie jest sztywno przypisana do jednego rodzaju sygnału. Liczy się struktura informacji, a nie kanał, którym przyszła. To jest ta sama zdolność, którą opisujemy przy neuroplastyczności.
Mówi coś o pojęciu zmysłu. Jeśli doznanie zmienia miejsce i charakter w zależności od tego, jak informacja jest używana, to granica między zmysłami jest mniej ostra, niż sugeruje szkolny podział na pięć.
Czego to nie zastępuje
Trzeba postawić granicę, bo w opisach popularnych ta metoda bywa mylona z protezą zmysłu.
To nie jest przywrócenie wzroku. Rozdzielczość jest o rzędy wielkości niższa niż w oku, nie ma koloru, a odbiór wymaga skupienia. Proteza siatkówki i terapia optogenetyczna działają inaczej: próbują naprawić drogę własną zmysłu.
Wymaga długiego treningu. Kilkadziesiąt godzin, żeby zacząć cokolwiek rozpoznawać. To jest główny powód, dla którego te urządzenia nie weszły do powszechnego użytku.
Konkuruje z rozwiązaniami prostszymi. Aplikacja opisująca otoczenie głosem bywa praktyczniejsza niż macierz punktów na języku - i nie wymaga nauki nowego kodu.
Co wiemy
- Informację wzrokową da się doprowadzić do mózgu przez skórę albo słuch, a mózg potrafi się nią posługiwać.
- Po treningu użytkownicy umiejscawiają doznanie na zewnątrz ciała, nie w miejscu stymulacji.
- Metoda nie wymaga żadnego zabiegu ani wszczepu.
Czego nie wiemy
- Jak duża jest realna korzyść w codziennym funkcjonowaniu. Badania są małe i prowadzone głównie przez zespoły rozwijające te urządzenia.
- Czy doznanie jest podobne do wzrokowego, czy tylko pełni podobną funkcję. Tego nie da się dziś rozstrzygnąć.
- Dlaczego mimo pięćdziesięciu lat prac żadne z tych urządzeń nie weszło do powszechnego użytku.
Dlaczego to jest ważne dla tej dziedziny
Bo jest to najtańszy i najbezpieczniejszy sposób dołożenia człowiekowi kanału informacyjnego.
Wszystko, o czym piszemy przy interfejsach mózg-komputer, wymaga zabiegu, ośrodka i nadzoru. Tutaj wystarcza urządzenie zewnętrzne i czas na naukę.
Stąd bierze się też pomysł, który w tej dziedzinie wraca: skoro mózg potrafi nauczyć się nowego kodu, to da się dołożyć zmysł, którego człowiek nie ma - czucie pola magnetycznego, odczyt danych, świadomość otoczenia poza polem widzenia. Próby takie prowadzono i część z nich opisano; skala jest jednak niewielka, a wyniki opierają się głównie na relacjach uczestników.
To jest jeden z niewielu punktów, w których hasło wolności morfologicznej ma dziś odpowiednik praktyczny - i nie wymaga niczyjej zgody poza własną, bo nie wiąże się z ingerencją w ciało.
Co z tego wynika
Praktycznie: substytucja sensoryczna jest metodą działającą, kilkadziesiąt lat starą i wciąż nieprzyjętą w praktyce. Warto wiedzieć, że istnieje, i nie oczekiwać od niej cudów.
Poznawczo: to jest najlepszy dostępny dowód, że mózg operuje informacją, a nie kanałem. Wszystkie rozważania o przenoszeniu umysłu, o dodatkowych zmysłach i o łączeniu człowieka z maszyną opierają się na tym założeniu - a tutaj jest ono sprawdzone eksperymentem, i to bez otwierania czaszki.
Trąbka słuchowa z ryciny robiła to samo w wersji minimalnej: przekierowywała informację tam, gdzie ktoś jeszcze mógł ją odebrać. Reszta jest kwestią rozdzielczości.
Część większego wątku
- Interfejsy mózg–komputerOd pierwszego kursora sterowanego myślą po 62 słowa na minutę: co wykazano u ludzi, u ilu i z jakim ryzykiem.
Źródła (4)
- Paul Bach-y-Rita, Stephen W. Kercel, Sensory substitution and the human-machine interface, Trends in Cognitive Sciences, t. 7 (2003)
Praca przeglądowa jednego z twórców metody. Referuje wyniki własnego zespołu, co przy ocenie skuteczności warto brać pod uwagę.
- José-Alain Sahel i in., Partial recovery of visual function in a blind patient after optogenetic therapy, Nature Medicine, t. 27 (2021)
Przywołane dla porównania z podejściem odwrotnym: naprawą samego zmysłu.
- Blake S. Wilson, Michael F. Dorman, Cochlear implants: A remarkable past and a brilliant future, Hearing Research, t. 242 (2008)
Przywołane dla porównania z protezą działającą na własnej drodze nerwowej zmysłu.
- Fabien Lotte i in., A review of classification algorithms for EEG-based brain-computer interfaces: a 10 year update, Journal of Neural Engineering, t. 15 (2018)
Więcej w dziale Neurotechnologia
Cały dział →Komentarze
Wczytuję komentarze…